Bez operacji ona nie przeżyje — dotarło do Fiodora Wasiljewicza. — Trzeba znaleźć środki. Zabieg jest bardzo skomplikowany i nie wykonuje się go za darmo.

INTERESSANTE GESCHICHTEN

— Bez chirurgicznej interwencji ona nie przeżyje — dotarło do Fiodora Wasiljewicza. — Trzeba zdobyć środki. Procedura jest niezwykle skomplikowana i nikt nie wykona jej za darmo. Czasu macie bardzo mało. Czy jest szansa gdzieś zdobyć fundusze? Może macie jakiś majątek, który można spieniężyć?

Fiodor Wasiljewicz głęboko wciągnął orzeźwiające wiosenne powietrze, przesiąknięte zapachem wilgotnej ziemi, gnijących dębowych liści i igliwia, po czym przeniósł wzrok na zmęczoną długą drogą wnuczkę. Siedziała ze spuszczoną głową, delikatnie głaszcząc swojego wiernego towarzysza — rudobiałego psa o imieniu Polkan.

— Przepiękne miejsce — powiedział cicho Fiodor Wasiljewicz, ogarniając wzrokiem drzewa, na których pojawiały się młode listki. — Można by tu siedzieć i podziwiać bez końca. A ty co? Dlaczego taka ponura?

Nastia uniosła do niego swoją zarumienioną twarz i z trudem się uśmiechnęła.

— Wszystko w porządku, dziadku — odpowiedziała raźnie, drapiąc Polkana za uchem. — Po prostu jestem zmęczona. Masz rację, jest tu cudownie. Wydaje się, że nic się nie zmieniło od zeszłej wiosny.

Fiodor Wasiljewicz przez chwilę milczał, po czym zaczął ostrożnie wypytywać wnuczkę o jej życie w mieście. Nastia już trzeci rok studiowała weterynarię w college’u i za każdym razem, gdy wracała do domu, dziadek zasypywał ją pytaniami o to, jak się sprawy mają w metropolii. Nastia cierpliwie odpowiadała, czasem powtarzając to samo po kilka razy. Tym razem musiała z odrobiną sarkazmu opowiedzieć staruszkowi, jak spędziła zimę.

— W zasadzie nic szczególnego się nie wydarzyło — podsumowała Nastia z westchnieniem, obserwując, jak Polkan przeszukuje polanę w poszukiwaniu kuropatw. — Wszystko po staremu. No, może tylko…

Zawahała się, zastanawiając się, czy powinna już teraz powiedzieć dziadkowi coś ważnego, czy lepiej poczekać na odpowiedni moment. Ale było już za późno. Fiodor Wasiljewicz dostrzegł niepokój na jej twarzy i zmarszczył brwi.

— Krótko mówiąc, zaprosiłam na weekend… mojego znajomego — wyznała w końcu Nastia, jeszcze bardziej się rumieniąc. — Ma na imię Dima, studiujemy razem…

Przygotowała się na falę pytań od dziadka, ale ten tylko klepnął się po kolanie i kiwnął głową.

— No cóż, niech przyjeżdża — odpowiedział, wołając rozbawionego psa. — Goście są u nas zawsze mile widziani. Dobra, chodźmy do domu, zaczyna się już ściemniać.

Nastia z ulgą odetchnęła, wzięła dziadka pod ramię i ruszyli przez pole w stronę widocznego w oddali domu.

Dima przyjechał już następnego dnia, a wraz z jego pojawieniem się w domu Nastii zapanowała napięta i ciężka atmosfera. Fiodor Wasiljewicz od razu poczuł niechęć do chłopaka wnuczki i, rzuciwszy na niego podejrzliwe spojrzenie, zadał kilka bezpośrednich i ostrych pytań, jakby przeprowadzał przesłuchanie. Dima odpowiedział zuchwale, czym jeszcze bardziej zaostrzył konflikt między sobą a starcem.

Jednak kulminacyjnym punktem tego starcia stało się niespodziewane oświadczenie Dimy, które spadło na Fiodora Wasiljewicza niczym lodowa bryła zsuwająca się z dachu.

— A czy Nastia nie powiedziała wam, że planujemy się pobrać? — zapytał Dima bez cienia zażenowania. — Już od dawna to planujemy.

Na te słowa serce Fiodora Wasiljewicza ścisnęło się boleśnie. O mało co nie upadł na krzesło, rzucił gniewne spojrzenie najpierw na gościa, potem na wnuczkę. Nastia, napotkawszy jego wzrok, zadrżała i odwróciła oczy.

— Wybacz, że cię nie uprzedziłam… — zaczęła się tłumaczyć. — Jakoś nie było czasu… Chciałam ci powiedzieć już niedługo…

Aby uniknąć konfliktu, Nastia wyprosiła Dimę z domu i wysłała go na spacer po ogrodzie, a sama wróciła do dziadka. Fiodor Wasiljewicz, blady jak kreda, siedział w swoim skrzypiącym, wysiedzianym fotelu i zamyślony żuł źdźbło słomy. Nie patrząc na wnuczkę, wyjął papierosa, wcisnął go między zbielałe wargi i zapalił.

— Ojj, nacierpisz się ty jeszcze z nim, Nastasjo — powiedział głosem tak niskim i ochrypłym, że Nastii wydało się, jakby słyszała go z popsutego gramofonu. — Doprowadzi cię do wesołego życia…

Nastia krzyknęła, rzuciła się do dziadka i objęła jego żylastą szyję ramionami.

— Wybacz mi, dziadku — wyszeptała przez łzy, wycierając je o kołnierz jego koszuli. — Chciałam ci powiedzieć, tylko…

Fiodor Wasiljewicz spojrzał na nią surowo, zmuszając ją do milczenia, potem delikatnie się odsunął i wstał.

— Dobra, wypłakaliśmy się, wystarczy — powiedział już znacznie spokojniej i łagodniej. — Wyjdź sobie za tego swojego… Dimę. Ale pamiętaj: tego małżeństwa błogosławić nie będę i na ślub nie przyjdę.Nastia próbowała sprzeciwić się surowej decyzji dziadka, ale ten ponownie obdarzył ją spojrzeniem ostrym jak styczniowy wiatr i pogroził palcem. Zrozumiawszy, że spór jest bezcelowy, Nastia wytarła mokry nos i wybiegła z domu, by wszystko opowiedzieć Dimie.Ślub Nastii i Dimy odbył się dwa tygodnie później, na samym początku czerwca. Fiodor Wasiljewicz, jak obiecał, nie pojawił się na uroczystości, choć dostał aż dwa zaproszenia — jedno od wnuczki, drugie od jej narzeczonego. Nawet przybyłej do niego swatki — matki Dimy, Olgi Pietrowny — nie wpuścił nawet na podwórko, odprawiając ją jak natrętną muchę, czym wywołał zdziwienie wśród sąsiadów i znajomych.

— Co się z tobą dzieje, Fedzia? — zapytała go po wyjeździe swatki sąsiadka, Nina Pawłowna. — Tak nie można postępować z ludźmi, to nie w porządku…

Fiodor Wasiljewicz rzucił jej piorunujące spojrzenie i poczerwieniał.

— Co jest w porządku, a co nie — to ja decyduję! — zawołał, ale zaraz opadł z sił, jakby uświadomił sobie swoją gwałtowność. — Nie chcę mieć z tymi ludźmi nic wspólnego, rozumiesz? Ciężko mi na duszy, coś przeczuwam, ale nie mogę zrozumieć co dokładnie. To wszystko nie wróży niczego dobrego…

Nina Pawłowna spojrzała na niego ze zrozumieniem i pokręciła głową.

— To twoja sprawa — odparła. — Ale i tak nie powinieneś się tak zachowywać…

Fiodor Wasiljewicz zacisnął zęby i zaprosił ją do domu. Gdy usiedli przy stole, Nina Pawłowna zapytała ostrożnie:

— A czemu tak się uwziąłeś na swatkę? Zrobiła ci coś?

Fiodor Wasiljewicz głośno siorbnął herbaty i zamyślony zapatrzył się przez okno.

— To wszystko przez jej syna — przyznał, licząc gawrony kręcące się po ogrodzie. — Przez tego Dimę… Nie spodobał mi się, w oczach mu widać brak szacunku. Cały czas się naśmiewał, jakby drwił ze mnie i z mojego domu… „Moja mama — mówi — ma własny sklep, prowadzi biznes”. Phi! Biznesmeni… I cały czas „dziadek Fiodor” mnie nazywał, jakbym nie miał imienia i nazwiska. A kim ja mu jestem, dziadkiem? Ja jestem dziadkiem dla Nastasji, nie dla niego. A dla niej jestem nie tylko dziadkiem — jestem i ojcem, i matką. Wychowywałem ją od dzieciństwa, po tym jak jej matka zmarła, a ojciec przepadł bez wieści. Dziadek… Dla kogo dziadek, dla kogo — Fiodor Wasiljewicz…

Skończył swój monolog i uderzył dłonią w stół tak mocno, że naczynia prawie pospadały. Nina Pawłowna westchnęła ze współczuciem, wstała od stołu i ruszyła w stronę drzwi.

— Mimo wszystko, Fiedia, powinieneś pogodzić się z wnuczką — poradziła, zatrzymując się na chwilę. — Przecież to twój jedyny bliski człowiek. Może niedługo podaruje ci wnuki…

Fiodor Wasiljewicz udał, że nie słyszy, i dalej obserwował gawrony.

— A ja się z nią wcale nie pokłóciłem — mruknął, gdy za sąsiadką zamknęły się drzwi. — Po co mam się godzić?

Ciężko westchnął i z głośnym jękiem przeniósł się z taboretu na łóżko, zapadając w ciężki, duszny sen.

Minęło prawie sześć miesięcy od ślubu Nastii. Odwiedzała dziadka bardzo rzadko, a przeważnie przychodziła sama — Dima, po tym jak poznał Fiodora Wasiljewicza, ani razu nie pojawił się w jego domu. Rozmowy między wnuczką a dziadkiem stały się wymuszone i sztuczne, jakby coś ich dzieliło. Fiodor Wasiljewicz milczał i patrzył na Nastię w taki sposób, że ta mimowolnie odwracała wzrok albo wychodziła do innego pokoju, bojąc się kolejnej kłótni ze starcem.Nawet zwykle żywiołowy Polkan w takich chwilach milkł i chował się pod stół niczym zawstydzony szczeniak. Fiodor Wasiljewicz pamiętał słowa swojej sąsiadki i zdawał sobie sprawę, że gdzieś popełnił błąd, ale nie potrafił zrozumieć, na czym dokładnie polegał.

Kiedy Nastia po raz kolejny wyjechała, obiecując wrócić na Nowy Rok razem z mężem, Fiodor Wasiljewicz przysiągł sobie, że zrobi wszystko, by naprawić z nimi relacje. Swoją obietnicę wypowiedział na głos do Polkana, który potraktował ją zupełnie poważnie — głośno zaszczekał i wskoczył staruszkowi na kolana.

— Pogodzę się z nimi, krzyżyk na drogę, pogodzę się! — zaśmiał się Fiodor Wasiljewicz, głaszcząc psa po grzbiecie. — Jeszcze zobaczysz, wszystko będzie dobrze!

Ale w Nowy Rok Nastia z jakiegoś powodu nie przyjechała. Nie pojawiła się też na Boże Narodzenie, ani na Święto Chrztu, ani na żadne inne uroczystości. Co więcej, nawet nie zadzwoniła, co było bardzo dziwne, bo Nastia zwykle dzwoniła do dziadka przy każdej możliwej okazji, preferując rozmowy telefoniczne zamiast osobistych wizyt.

Na początku marca, nie otrzymawszy żadnych wieści od wnuczki, Fiodor Wasiljewicz bardzo się zaniepokoił i już miał ruszać do miasta, gdy nagle dotarła do niego szokująca wiadomość: Nastia trafiła do szpitala.

Porzuciwszy wszystko, pojechał tam natychmiast. W sali ujrzał leżącą bez ruchu wnuczkę — ręce i nogi miała w gipsie.

— Cześć, dziadku — uśmiechnęła się blado Nastia. — Jak dobrze, że przyjechałeś…

Kiedy troskliwa pielęgniarka przyniosła Fiodorowi Wasiljewiczowi coś na uspokojenie i posadziła go na krześle, Nastia opowiedziała mu, że razem z mężem mieli wypadek. Sam fakt, że przeżyła zderzenie ich osobówki z wielotonowym tirem, nie zaskakiwał jej tak bardzo. Znacznie bardziej przerażało ją coś innego.

— Dima mnie zostawił — powiedziała drżącym głosem, podając dziadkowi zagipsowaną rękę. — Kiedy się dowiedział, że już nigdy nie będę mogła chodzić, po prostu odszedł. I ja… ja nie wiem, co teraz robić…Z jej oczu zaczęły cicho płynąć łzy, spływając po policzkach na białą poszewkę poduszki. Fiodor Wasiljewicz otarł twarz Nastii swoją chusteczką i uśmiechnął się delikatnie, choć i jemu samemu do oczu cisnęły się łzy.

— Nic się nie martw, wszystko się ułoży — zaczął ją pocieszać, choć trudno było powiedzieć, czy pocieszał ją, czy raczej samego siebie. — Jeśli Bóg da, nie przepadniemy…

Nastia ledwo zauważalnie skinęła głową i zamknęła spuchnięte oczy.

Miesiąc później, gdy Nastię wypisano ze szpitala, Fiodor Wasiljewicz zabrał ją do domu. Wśród znajomych ścian Nastia powoli zaczęła dochodzić do siebie: wkrótce miejscowy ortopeda zdjął z jej rąk i nóg znienawidzony gips, a Nastia rozpoczęła na nowo naukę korzystania z kończyn. O ile z rękami wszystko szło całkiem dobrze, to nogi wciąż pozostawały drewniane i bez życia, jakby były wystrugane z bali.

Przyczyną tego był kręgosłup — uszkodzony w kilku miejscach, to właśnie on przyjął na siebie cały impet uderzenia w straszliwym wypadku. Nastia nie była w stanie się poruszać, a nawet wstać na nogi: z trudem nauczywszy się siedzieć w wózku inwalidzkim, godzinami wpatrywała się przez okno w ciemniejący na tle zaśnieżonego pola pas odległego lasu i wspominała beztroskie dni, kiedy była zdrowa i pełna sił.

— Czuję się, jakbym miała ze sto pięćdziesiąt lat — żartowała ponuro Nastia, gdy dziadek lub sąsiadka Nina Pawłowna pytali o jej samopoczucie. — Albo jak niedorobiony Buratino, któremu papa Carlo zapomniał dorobić nóg. A poza tym wszystko w porządku.

Przygnębienie wnuczki udzielało się także Fiodorowi Wasiljewiczowi, a nawet Polkanowi: obaj snuli się po domu jak chmury burzowe, miotając się z kąta w kąt, jakby nie potrafili znaleźć sobie miejsca.Fiodor Wasiljewicz codziennie chodził na pocztę i wykupywał medyczne czasopisma, po czym zamykał się w swoim pokoju i z zapałem je studiował, mając nadzieję znaleźć sposób na przywrócenie Nasti utraconej zdolności chodzenia. Gdy nie znajdował nic wartościowego, wpadał w złość, darł czasopisma na strzępy i palił je w swojej dużej popielniczce, a popiół wyrzucał przez okno. Tak było aż do wiosny, dopóki w życiu Fiodora Wasiljewicza i Nasti nie pojawił się Dmitrij.

Dmitrij był synem Niny Pawłowny — sympatycznym młodym człowiekiem w wieku dwudziestu siedmiu lat. Ostatnie kilka lat spędził w Moskwie, pracując na zasadzie rotacyjnej. Kiedy praca i życie w stolicy zaczęły go nużyć, Dmitrij postanowił wrócić w rodzinne strony i zamieszkał u matki. Gdy dowiedział się, co wydarzyło się z Nastią podczas jego nieobecności, postanowił oddać jej wszystkie pieniądze zarobione w Moskwie, ale Nastia stanowczo odmówiła.

— Nie — ucięła krótko, dowiedziawszy się o zamiarze dawnego przyjaciela. — Co ty, zwariowałeś? Zostaw te pieniądze dla siebie.

Dmitrij, który zawsze cechował się uporem, ponowił próbę — tym razem o wiele ostrożniejszą.

— Dla naszej przyjaźni… — powiedział łagodnie, przestępując z nogi na nogę. — Pieniądze jeszcze zarobię, to żaden problem. Ale ty teraz na pewno masz ciężko, i te pieniądze… gdyby przeznaczyć je na operację…

Nastia gwałtownie odwróciła się w jego stronę i Dmitrij natychmiast zamilkł.

— Doceniam twoją chęć pomocy, naprawdę — powiedziała łagodnie, przyglądając się twarzy przyjaciela, która przez te wszystkie lata bardzo się zmieniła. — Ale to za dużo. Masz matkę, powinieneś o nią dbać. Wydaj te pieniądze na nią, dobrze?

Fiodor Wasiljewicz i Dmitrij mocno uścisnęli sobie dłonie i rozeszli się, zastanawiając się, jak pomóc Nastii. A ona, tymczasem, nie wiedząc o tym, co zaplanował dziadek, jak zwykle siedziała przy oknie, dziergała i beztrosko nuciła jakąś piosenkę, ciesząc się upajającym wiosennym powietrzem.

Po dwóch tygodniach, znajdując nabywców gotowych dać za dom dokładnie dziewięćset tysięcy, Fiodor Wasiljewicz zaczął powoli przygotowywać się do sprzedaży i zbierać rzeczy. Działając w tajemnicy przed Nastią, poprosił Dmitrija o pomoc przy załatwianiu spraw, a kiedy Nastia zasypiała lub wychodziła z domu, oni razem zabierali rzeczy. Pewnego dnia, kiedy staruszek już znalazł sobie mały domek na sąsiedniej ulicy i umówił się z właścicielem na przeprowadzkę, bez powodu zaczął porządkować działkę, tłumacząc to tym, że nowym właścicielom będzie milej urządzać dom.

Rozbierając stosy połamanych gałęzi na jednym końcu ogrodu, Fiodor Wasiljewicz przeszedł na drugi i zaczął zakopywać starą stertę śmieci. Wykopał wystarczająco głęboki dół i już chciał wrzucić do niego cały zgromadzony przez lata śmieci, gdy nagle dno dołu niespodziewanie zadrżało, a Fiodor Wasiljewicz, nie utrzymując się na nogach, poleciał gdzieś w dół. Złapał się w ostatniej chwili za leżącą w poprzek łopatę, wydostał się na twardą ziemię i przestraszony zajrzał w powstały otwór. Nic nie widząc w całkowitej ciemności, pobiegł do szopy po latarkę, potem usunął pęknięte deski z dna dołu i oświetlił szczelinę.

— Boże, zmiłuj się — zawołał, zauważając półzarośniętą trumnę, leżącą w ziemi. — Co za cud?!

Z ogromnym trudem odwrócił wzrok, szybko pobiegł do płotu, za którym Dmitrij pilnie pracował w swoim ogrodzie, i machał do niego ręką.— Dimka, — zawołał Fiodor Wasiljewicz chrapliwym głosem, — Dimka! Chodź tutaj! Przeskocz szybko!

Czekając, aż sąsiad znajdzie się na jego działce, Fiodor Wasiljewicz zaprowadził go do dołu i pokazał odkrycie. Dmitrij zareagował znacznie spokojniej, chociaż na jego twarzy również pojawił się grymas strachu i zdumienia.

— Co teraz będziemy robić? — zapytał Fiodora Wasiljewicza, który trząsł się jak zając, który zobaczył wilka. — Wyciągniemy go, czy zostawimy tutaj?

Fiodor Wasiljewicz odskoczył przerażony, ale potem nagle uniósł głowę i poruszył wyschniętymi wargami.

— Trzeba go wydobyć, — mruknął, chwytając łopatę. — Nie można go tu zostawić, to przecież ogród, a nie cmentarz. Wyciągnijmy go stąd, a potem powiemy, gdzie trzeba.

Dmitrij zgodził się z nim, a Fiodor Wasiljewicz przyniósł z domu długą linę. Rzucił jeden koniec do dołu, a drugi związał z wózkiem wcześniej ustawionego motobloku. Dmitrij skoczył w dół i owinął trumnę liną. Dał Fiodorowi Wasiljewiczowi znak, by usiadł za kierownicą motobloku, a potem z trudem podniósł ciężką dębową trumnę i kazał starcowi zacząć ruszać.

Motoblok zamruczał, szarpnął do przodu, a trumna zaczęła powoli wznosić się do góry. Kiedy niemal osiągnęła powierzchnię, lina nagle pękła, a trumna runęła z powrotem, ledwo nie miażdżąc Dmitrijowi nóg. Przeklinając, Dmitrij spojrzał na rozsypane kawałki i padł na kolana.

— Fiodor Wasiljewicz, tu! — zawołał głośno, odrzucając rękami ziemię i to, co wysypało się z trumny. — Szybciej! Musisz to zobaczyć!

Jakimś cudem, słysząc przez hałas silnika głos Dmitrija, Fiodor Wasiljewicz zgasił motoblok i pobiegł do dołu. Po chwili, nie utrzymując się na brzegu i staczając się w dół, znalazł się obok Dmitrija i pocierał obolałą szyję.

— Złoto! — nagle krzyknął, łapiąc błyszczące krążki, które wypadły z trumny. — Złoto! Skarby!

Zaczął podrzucać je w powietrze i łapać, jak prawdziwy iluzjonista. Pierwszy z oszołomienia spowodowanego niezwykłym odkryciem otrząsnął się Dmitrij: zatrzymał Fiodora Wasiljewicza uderzeniem w bok i zaczął zbierać skarby do swojej koszulki, zamieniając ją w coś w rodzaju torby.

— Zobacz, co tu jest napisane, — wyszeptał Fiodor Wasiljewicz, przewracając wieko trumny. — „Ermakow W. A., właściciel wszystkiego, co tu się znajduje. Urodzony w 1856 roku, w powiecie…”. Kurczę! Dalej nie da się rozczytać, napis się zatarł.
Pomógł Dmitrijowi wyrzucić koszulkę naładowaną złotem z dołu, potem sam się wydostał i odciągnął ją w stronę krzewów porzeczki.

— Nie wiem, kto to ten Ermakow W. A., ale chyba był to człowiek całkiem zamożny, — uśmiechnął się Dmitrij, kładąc się w cieniu i ocierając pot z czoła. — Może to jakiś twój daleki przodek?

Fiodor Wasiljewicz pokręcił głową i zamyślił się.

— Nie, u nas w rodzinie nie było żadnych bogaczy, — powiedział, wyciągając z kieszeni zgniecioną paczkę papierosów. — Prapradziadek był chłopem, a prababka pracowała w fabryce obuwniczej. Tu, na tym miejscu, w ogóle była pustka, dopóki nie zbudowałem domu. Bóg jeden wie, kto tu wcześniej mieszkał, może jakiś pan, albo szlachcic.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, przetwarzając wrażenia z tego, co zobaczyli. W końcu przerwał długą pauzę Dmitrij. Podniósł się, rzucił kawałek ziemi w leżącą niedaleko koszulkę i wesoło spojrzał na Fiodora Wasiljewicza.

— No, dzięki temu Ermakowowi nie musimy już sprzedawać domu, — powiedział Dmitrij, wyciągając rękę do starca. — Te pieniądze wystarczą na kilka operacji, a jeszcze coś zostanie.

Fiodor Wasiljewicz zamrugał wilgotnymi oczami i zatoczył się, jakby pijany.

— A co z oddaniem skarbu państwu? — zapytał, zdziwiony, patrząc na Dmitrija. — Przecież musimy… Dają nam przecież jakiś procent… od znaleziska…

Dmitrij zaśmiał się i pokręcił głową.— Dają, oczywiście, — odparł Dmitrij. — Tylko w co je wkładają. Nie o tym teraz powinieneś myśleć, mój drogi. Musisz myśleć o wnuczce, a nie o państwie, które i tak pęka w szwach od pieniędzy. Im daj, ile chcesz, zawsze będzie za mało. A teraz, co zrobimy…

Dmitrij zabrał złoto i zaprowadził Fiodora Wasiljewicza do chłodnej szopy, gdzie przedstawił mu swój plan.

— Wezmę tę część i zawiozę do Moskwy, — powiedział, wsypując trochę złota do skarpetki. — Tam mam znajomego właściciela lombardu, on da tyle, ile trzeba, nie oszuka. Jeśli sprawa pójdzie dobrze, to sprzedamy mu całe złoto i będzie po sprawie.

Fiodor Wasiljewicz, po chwili zastanowienia, zmęczony machnął ręką.

— Rób, jak wiesz, — zgodził się. — Ty młody, masz świeżą głowę. A ja już zmęczony, teraz nic mnie nie obchodzi.

Dmitrij uśmiechnął się sprytnie, potem wyszedł z szopy i poszedł zakopywać dół.

Z wielką radością Fiodora Wasiljewicza, Nastia nic nie dowiedziała się o jego zamiarze sprzedaży domu. Przepraszając kupca za nieudane transakcje, staruszek przywrócił wszystko na swoje miejsce i zaczął czekać na powrót Dmitrija z Moskwy. Ten szybko załatwił sprawę i już po kilku dniach przywiózł Fiodorowi Wasiljewiczowi pieniądze za sprzedaż złota.

— Proszę, kilka setek tysięcy, jak obiecałem, — powiedział Dmitrij, wykładając przed starcem grube paczki banknotów. — A to osobiście ode mnie. Tylko Nastii o tym nie mów.

Dodał jeszcze trzy paczki do stosu na stole i uważnie spojrzał na Fiodora Wasiljewicza.
— Teraz wszystko zależy od was, — powiedział Dmitrij, przesuwając pieniądze w stronę starca. — Musicie przekonać wnuczkę, żeby zgodziła się na operację. Ach, prawie zapomniałem o czymś.

Wyjął z kieszeni spodni zmiętą wizytówkę z adresem i telefonem jednej moskiewskiej kliniki i położył ją na wierzchu stosu pieniędzy. Fiodor Wasiljewicz wziął ją drżącymi palcami i długo przyglądał się jej, jakby była to nie wizytówka, a jakaś rzadka tropikalna motyl.

— Zrobię to, — odpowiedział, wciąż nie wierząc własnym oczom i uszom. — Nie martwcie się o to…

Fiodor Wasiljewicz schował wizytówkę do kieszeni na piersi, blisko serca, i zmrużył oczy, próbując powstrzymać łzy, ale i tak przeciekły przez zamknięte powieki i spadły na stół. Postanowiwszy zostawić starca w samotności, Dmitrij wyszedł z domu i długo stał, obserwując, jak las kąpie się w promieniach zachodzącego słońca.

To, że Fiodorowi Wasiljewiczowi udało się przekonać wnuczkę do podjęcia operacji, później uważał za prawdziwy cud. Historia, którą opowiedział Nastii, była niewiarygodna, a on sam zapewne nie uwierzyłby w nią, gdyby nie widział wszystkiego na własne oczy. Kiedy Nastia i Dmitrij wyjechali do Moskwy, Fiodor Wasiljewicz starannie ukrył resztę skarbów, planując przekazać je Nastii, kiedy wszystko się skończy.

— Co to wy z moim Dmitrijem tam knujecie? — zapytała go Nina Pawłowna, zauważając, jak staruszek całe dni spędza w ogrodzie. — Dokąd to oni z twoją Nastasią się wybierają?

Fiodor Wasiljewicz starannie wyrównał ziemię, potem z rozmachem wbił w nią łopatę i otrzepał brudne ubranie.— Niedługo się dowiesz, — odpowiedział, patrząc na miejsce, gdzie było ukryte niewyobrażalne bogactwo. — Nie przyspieszaj wydarzeń. A teraz chodźmy, napijmy się herbaty.

Nina Pawłowna spojrzała na niego podejrzliwie i prychnęła, ale staruszek, zdawało się, tego nie zauważył. W głowie miał tylko jedno — żeby Nastia wróciła z Moskwy zdrowa: Fiodor Wasiljewicz marzył o tym tak, jak nigdy i o niczym innym w życiu.

Ponownie zobaczył wnuczkę dopiero po półtora miesiąca. Do domu weszła już o własnych siłach, wspierana przez Dmitrija. Fiodor Wasiljewicz, widząc ich, zamarł w miejscu i przez chwilę tylko mamrotał, wskazując palcem w stronę wnuczki, tak że Nastia nawet się przestraszyła. Posadziła dziadka w fotelu, przyniosła mu wodę i usiadła obok, a Dmitrij, żeby nie przeszkadzać, poszedł przywitać matkę.

— Jestem w domu, dziadku, wszystko w porządku, — powiedziała cicho Nastia, pokazując dziadkowi swoje jeszcze słabe, ale już zdrowe nogi. — Zrobili mi operację, wszystko poszło świetnie. Dima pomagał mi przez cały ten czas, i my…

Zamilkła i drgnęła, bo w tym momencie, jakby znikąd, Polkan wtknął swój wiecznie wilgotny nos w jej kolano. Nastia energicznie pogłaskała go po uszach, a pies, radośnie szczekając, zaczął się do niej przytulać.

 

Visited 6 times, 1 visit(s) today
Добавить комментарий